I AmSterdam - historia pewnego, wyjątkowo trudnego maratonu.
Bieganie to rewelacyjna forma spędzania wolnego czasu. Zarówno dla zupełnych amatorów, zaawansowanych biegaczy czy też profesjonalistów pokonywanie kolejnych kilometrów to powód do radości i dumy z samego siebie, że 'znowu to robię'. Niestety zdarzają się także momenty bólu, ogromnej walki z samym sobą oraz zwątpienia w możliwość ukończenia biegu w ogóle, nie wspominając o dobrym wyniku czasowym. O tym właśnie jest ten wpis - o walce ze sobą i z własnym ciałem. Post napisany przez jednego z naszych deweloperów - Jarka Kożdonia po ukończeniu maratonu w Amsterdamie.
No cóż - maraton w Amsterdamie już za mną. Niestety. Lepiej żyło się planami i dążeniem do ich realizacji, niż myślą o wielkim niewypale. Miało być pięknie, mocno poprawiona życiówka, wynik na wysokim jak dla amatora poziomie (gdyby poszło zgodnie z założeniami byłbym chyba nawet drugim Polakiem na mecie). Jeszcze na początku września, kiedy udało mi się po raz pierwszy w "karierze" stanąć na podium (też w Holandii) i czułem nadchodzący szczyt formy byłem wręcz pewien, że jeśli tylko warunki dopiszą (ach.... te holenderskie wiatry) i nic się nie posypie to wynik będzie cudny. No właśnie - warunki dopisały. Ba! były idealne! zimno, ale słonecznie, powietrze nie nazbyt wilgotne, słaby wiatr (na większości trasy nieodczuwalny). Niestety nie dopisały nogi. Dynamit, który często pomagał mi na ostatnich metrach zawodów i dawał niezły finisz chyba eksplodował rozrywając łydki. Nie szło nic, trenowanie, nawet czasem chodzenie... Zawody kontrolne poszły względnie dobrze, dawały wciąż nadzieje na dobry wynik w maratonie, ale było tylko gorzej.
Nie odpuściłem - nie zrezygnowałem z planu, kosztowało mnie to mnóstwo bólu i sił, ale ja nie odpuszczam... Dzień zawodów - żeby już nie przynudzać długim wstępem - tylko "suche fakty" z 42.195km "drogi krzyżowej", od strony "sportowej-własnej":
- chwilę przed startem - mimo ograniczonych/lekko improwizowanych treningów byłem w miarę rozkręcony, ale nie na tyle, na ile mógłbym być, nogi ciągle lekko odrętwiałe były (ból w łydkach nie dawał spokoju), reszta sprawna - od kolan w górę.
- start był ciężki, nogi niestety nie kręciły, ale "podjąłem walkę" i (może niestety?) ruszyłem z założonym tempem 3:55.
- po niecałych 10km coś zaskoczyło - poczułem się w miarę świeżo, chociaż w łydkach dalej niekoniecznie było "perfect" i pojawiały się różne bóle.
- niestety trwało to około 5km, potem przyszedł pierwszy kryzys. uda zaczęły drewnieć, a w łydkach pojawił się poważniejszy ból
- na półmetku było już b. ciężko, na 27km "padłem" (jeszcze nie dosłownie) i przeszedłem do marszu, zaraz udało mi się sprężyć i ruszyć "do boju dalej". powtarzało się to jeszcze kilka razy, a nogi były już zupełnie zdewastowane (bolały i kurczyły się wszystkie mięśnie, pojawiały się bóle stawów/ścięgien...)
- na 36/37 km padłem raz nawet dosłownie - prawa noga "nie zadziałała" przy kroku i poleciałem na czworaka. na szczęście bez konsekwencji poważejszych. nawet się nie podrapałem...
- dobrze, że na 41km wyprzedziło mnie 2 Polaków, jeden mówił coś o poddaniu się, to go opier... i sam wtedy już nie mogłem odpuścić :-) nie wypadało. Więc udało mi się jeszcze wykrzesać ostatnie siły i dobiec do mety (nawet spośród naszej 3ki pierwszy byłem) czymś co prawie można by tempem nazwać (jak na moje cele i możliwości)
- do przekroczenia mety bolał mnie chyba każdy znany mi mięsień w nogach (i nie tylko), a do tego doszły bóle ścięgien i stawów. Niektóre prawie wyciskały łzy oczu.
Tuż za metą padłem na bieżnię, miałem ochotę płakać, lecz nie wypadało. Chłopaki nie płaczą, no nie? leżałem tak prawie minutę, w bezruchu - co zaowocowało interwencją służb medycznych. I całe szczęście, bo długo jeszcze bym tak leżał, nawet nie ze zmęczenia, ale ból był taki, że nie byłem w stanie wykonać ruchu, nie mówiąc o wstawaniu. Panowie dostawili mnie do pionu, a ja wytłumaczyłem, że jest "OK, just my legs are totally devastated" i pokuśtykałem dalej, po medal i takie tam...
Co do samego biegu i organizacji - trasa bardzo płaska, chociaż niekoniecznie bardzo łatwa - kilka dość wąskich uliczek, dużo nierówności w postaci torów tramwajowych bądź kostki, ale to raczej szczegóły. Otoczenie biegu świetne - co prawda nie przebiega on przez ścisłe centrum Amsterdamu (a szkoda), a spora część biegnie obrzeżami (wzdłuż rzeki Amstel), ale nie można odmówić trasie uroku. Dodatkowo - kibice, oprócz tej bardziej obrzeżnej części było ich na prawdę mnóstwo. Organizacja perfekcyjna. Wszystko ma swoje miejsce i 12 tysięcy maratończyków oraz łącznie ponad 30 tysięcy biegaczy (startujących na 3 dystansach) nie było tam zauważalne, większy tłok był na kilku maratonach w Polsce (a u nas rekord frekwencji jest blisko 3krotnie mniejszy). Mega plusem jest fakt możliwości zaparkowania samochodu 2-3km od autostrady na darmowych tego dnia parkingach. Z minusów - to jedynie cena wpisowego w porównaniu do pakietu startowego.
Na "pocieszenie" mogę dodać - że mimo, że nasi organizatorzy mogliby się poduczyć kilku rzeczy u Holendrów, to tak na prawdę na tych największych imprezach - nie mamy się czego wstydzić!
Na koniec - obecnie poddaję się rehabilitacji i czekam, aż nogi wrócą do całkowitego ładu. W międzyczasie planując i rozmyślając nad przyszłym sezonem, "przegranie" celu, który przez rok wisiał nade mną i w realizację którego włożyło się potwornie dużo sił (np. sporo ponad 3000km od stycznia tego roku) trochę boli, ale mam świadomość dobrego przygotowania i możliwości, a to napędza mnie, motywuje, do pracy jeszcze cięższej, ale mądrzejszej, jeśli tylko wyciągnę odpowiednie wnioski - wiosną będzie szybciej!


